Ice Report: Sertig [ 3-4 II ] 📷

W sumie równo po miesiącu znów udaje się zorganizować wyjazd na dziobanie. Tym razem celujemy w Szwajcarię, choć dosłownie 24 godziny wcześniej miała to być jedna z dolin w Południowym Tyrolu.

Tyle, że masywny opad śniegu w tym rejonie wybił nam tamten kierunek z głowy : ) Przy tej okazji podziękowania dla AM za info spod Marmolaty.

Początek podejścia to elegancko odśnieżona droga.

Od strumyka jest to już ścieżka.

Dla Wojtka ten wyjazd to inauguracja sezonu dziabkowego, więc na początek wybieramy jeden z łatwiejszych (przynajmniej wg przewodnika) lodospadów – położony w sąsiedztwie pięknej kolumny 110m “Namenloss” za WI3. Teoretycznie łatwy lodospad okazuje się być w naszym odczuciu nie dość, że przynajmniej o stopień trudniejszy to na dodatek kończy się polem śnieżnym z którego nie za bardzo jak jest założyć zjazd. Efekt? Wojtek ostatnich kilkanaście metrów schodzi na dziabach : ]

Spotkani wczoraj pod ścianą tubylcy idą dziś na nasz wczorajszy lód. A dla nas kolejny dzionek to sąsiedni “Namenloss” tym razem 125m za WI3+. Tyle, że jak patrzę na poniższą sekwencję z prowadzenia Wojtka, ni bum bum nie chce i się uwierzyć że to tylko 3+ : )

Ten lodospad na własny użytek nazywamy Y-kiem, bo jego kształt odpowiada tej literze. Gdzieś po drodze jeszcze zamieniamy się na prowadzeniu a lewe ramię ostatecznie kończy się pancernym stanem. Zjazd do rozwidlenia i startujemy prawe ramię naszego Y-ka. Znaczy startuję ja. Na początku jest całkiem sympatycznie ale po przełamaniu tam gdzie teren się kładzie i powinno być łatwiej łatwiej jednak nie jest. Potężne “kalafiory” przysypane śniegiem to formacja ciężka do zakładania przelotów i dochodząc do stanu jestem wyprany z sił : (

Za to stan jest bajkowo komfortowy, więc będąc już w komplecie pozwalamy sobie na kilka luźnych zdjęć – niekoniecznie słitfociowych : P

Końcówka tego lodospadu to gdzieś 10-metrowa kaskada. Myk jest taki, że jej krawędź od strony stanowiska to 2-3-metrowej szerokości mix małych “kaloryferów” z podobnej wielkości “kalafiorami” i dopiero po nim dochodzi się do pięknego czystego lodu. Konstrukcja jest na tyle delikatna, że wbijanie dziaby ją masakruje i tak nie dając solidnego chwytu a delikatne wkładanie ostrza w kieszonki przecina lód. O wkręceniu jakiejś śruby można zapomnieć co dla nas oznacza to koniec wspinu. Na pamiątkę zostanie kilka zdjęć z macania tego problemu przez Wojtka …

… i mnie : )

Zjazdy kończymy o zmroku a nasz wzrok przy pakowaniu rzeczy cały czas ucieka na lewą stronę w kierunku Säule za WI5-. Piękny kawałek 75-metrowego lodu przechodzący w 2/3 wysokości w kolumnę (znaczy ową säule) – czyli coś powyżej naszych aktualnych możliwości psychicznych : )

Łapiąc kilka kadrów na krawędzi nocy wiem, że dla tej kolumny jeszcze tu kiedyś wrócę : )

PS
Swoją drogą pomysł by zmienić dolinę i powspinać się w innym rejonie okazał się być błędem. Dużym błędem. Bo niby z jednej strony oprócz będącej poza naszym zasięgiem kolumny został tylko łatwy kuluar po prawej – z drugiej przy tak paskudnych warunkach do dziobania jak te tej zimy poszukiwanie innego rejonu to jak gra w ruletkę. W styczniu z Jackiem wygraliśmy, w lutym z Wojtkiem przegraliśmy :\

Wniosek jest na przyszłość prosty: jak się ma pewne warunki to warto jednak wykorzystać je na maxa i tyle.