[CH] Bishorn (4149m) 📷

To ten po lewej. Jak dla mnie nie jest to ładna góra, ale to nie znaczy, że nie warto się z nią poznać 🙂 Bo warto, a przy okazji nie sprawiającego trudności technicznych wejścia przetestować sobie to i owo. Tak kondycyjnie jak i logistycznie czy szpejowo.

Przyznaję bez bicia, że plany były inne i przede wszystkim miała to być aklimatyzacja na Tête de Milon. Tym bardziej, że wczorajsze sześciogodzinne podejście naprawdę dało w kość. Ale pobudka o 2:45 dla większości pokoju wychodzącego na Bishorn w połączeniu z tym, że mimo tylko jakichś 4h nie mogliśmy już zasnąć sprawiła, że zaryzykowaliśmy wyjście bez aklimatyzacji.

Wychodzimy dobrze godzinę po pierwszych grupach.

Trudności “kijkowe”, ale szczelin jest całkiem sporo i “sznurek” jest naprawdę obowiązkowy.

Trzeba człapać …

Jedni w górę, inni w dół.

Dla mnie największe zaskoczenie tego podejścia: potężna szczelina w lodowcu dosłownie dwadzieścia metrów poniżej wierzchołka.

Widok ze szczytu a niższego sąsiada Bishorn’a: Pointe Burnaby (4135m). Nas cieszy, że wysokość nie zmłóciła. Szkoda tylko, że na samym szczycie tak cholernie wiało. Popasu nie było, kilka zdjęć i wypad niżej tam gdzie wiało mniej.

Szczyt w środku to Dom (4546m), z prawej Täschhorn (4491m), może kiedyś …

Weisshorn (4505m) z bardzo strzelistą granią.

Dufourspitze (4634 m) i z prawej Liskamm Oriental (4527m) – jeżeli dobrze czytam mapę.

Ta zaspa to Tête de Milon (3693m), “nasz” niedoszły dzisiejszy cel. Co się odwlecze to nie uciecze – pójdziemy na niego jutro 🙂