


Po przyjedzie do Szpindlerowvego Młyna nic nie zapowiadało, że trafi się nam jeden z najfajniejszych zimowych dni w Karkonoszach. I jedna dłuższych tur jakie się do tej pory trafiły : )

To miał być wyjazd zamykający sezon turowy w Karkonoszach i napiszę tylko tak: udało się mam wstrzelić w naprawdę fajne warunki. Podejścia nartostradami bo poniżej 11oom.n.p.m. śniegu raczej mało jest ale powyżej już naprawdę dobrze (choć lodoszreni sporo).

Sobotni spacer na obiadek. Pierogi były : ) A na poważnie to czekamy na nową dostawę białego i niższe temperatury, bo to co zastaliśmy trzy dni po poprzedniej najogólniej mówiąc nie zachwycało – na dole pierwszych kilkaset metrów to mokra breja a u góry lodoszreń : (

Tak naprawdę to nie były to typowe skiturowe wyrypy, ale coś co lokalsi zwą “PistenTour” czyli dreptanie w bliższej lub dalszej okolicy wyciągów.

Na parkingu tego ośrodka pojawiamy się z Myszką około 9:oo i dołączamy do kilkunastu innych aut. Tym razem tura jest tylko moja – Myszkę za bardzo przypaliło przez poprzednie dwa dni i nie chce się “doprawić” : (

Bodaj dwa dni wcześniej między innymi ta dolina zaliczyła solidną dostawę świeżego puszku. Niestety dwa dni o tej porze roku to w zasadzie prehistoria :\ W okolicy Wilde Grub’n rozjeżdżono wszystko co się dało i to wielokrotnie :\

Padało w trasie, padało w nocy, pada rano na parkingu, pada też na podejściu. Przy schronisku też pada, ale już nieco powyżej deszcz przechodzi w śnieg. Tyle, że z kolei spada widoczność – czasem do dwóch tyczek.

Piątkowy plan na pierwszy dzień weekendu był prosty: Salatyn : ) Ale trzeba było jeszcze przegadać opcje na niedzielę.

Zawsze trzeba mieć plan B i tym razem takim planem Beee była tura w okolicy Mittl. Sattelkopf. Pamiętam jak za pierwszym razem pojawiliśmy się pod Renkfalle z Andrzejem Marciszem.