


Śniadanie w Austrii, obiad w Niemczech, kolacja … tym razem w Czechach – to mógłby być opis dnia pracy busiarza, ale nie jest, co więcej – uwielbiam tak 🙂 Wracając do OCManie – docieramy na parking już późnym wieczorem a tam pustki.

Po dzionku restu na wysuszenie się wykombinowaliśmy by zrobić tak, że: jedziemy do Ginzing, tam parkujemy i idziemy w stronę Geierhütte ale tylko w jej stronę bo spać chcemy na dole najchętniej przy pomieszczeniu kolejki tak by w razie deszczu się do niego schować.

Zillertal to nasz plan B na wyjazd w pierwszej połowie sierpnia. Początkowo i już od naprawdę dawna miała to być Skandynawia ale raz, że problem z urlopem a dwa, że upały i tam sprawiły, że w tym roku przestała się liczyć : (

Tak z kronikarskiego obowiązku ten wpis : ) Pierwsze wrażenia po pierwszej wizycie? Fajny tor, choć faktycznie wymagający. Drugi plus, że woda się toczy cały dzień. Trzeci, że całkiem to blisko dziury w której mieszkam, w każdym razie bliżej niż Wietrznice : )

Chyba po raz czwarty, a może nawet i piąty. Trzeba zacząć przestać liczyć : ) i po prostu tu wracać. Tym razem pierwsze dwa dni pływania to moczenie wioseł wyłącznie z Myszką, która “Psiaka” zamienia na Coverta.


Lower Mastallone … rzeka na tym odcinku po prostu genialna i od teraz kolejna na mojej liście ulubionych. Start mamy chyba jeszcze bardziej deszczowy niż poprzedniego dnia. Ekipa mała bo zaczynamy we czwórkę z Sabriną, Honzą i Paolo.

Mokry start, nieco przygód po drodze i słoneczny finisz w towarzystwie krów to w największym skrócie Sesia z drugiego dnia Armady : ) A dokładniej jego pierwszej części.

Tegoroczna Armada (tym razem w ValSesia) zaczęła się od zamoczenia wioseł nie w Sesii – bo ta lekko poziomem wody deczko zniechęcała, ale w środowym odcinku Mastallone. Rzeka przy zastanym poziomie wody wspaniała, niesie zacnie i daje dużo radochy.