Outdoor w czasach zarazy. [AT] Hochalptal 📄 📷

O 7:oo jesteśmy przy wjeździe na plac oznaczony jako parking ale tak naprawdę będący jakimś wyrobiskiem/placem do składowania żwiru. Tu startuje szlak 432 – dziś nasz szlak – przez Hochalpental.

Na mapie widać, że obok normalnej drogi idzie jakaś staaaaara dziś szutrowa droga między Steeg i Warth. Szlak początkowo prowadzi właśnie nią ale dość szybko odbija w stronę grani i tu zaczynają się “jaja”. Bo główna ścieżka idzie dość wyraźnie, tyle, że po kilkudziesięciu metrach za prowadza nas (a w zasadzie mnie – bo idę pierwszy) na krawędź jakiegoś wodospadu. Rzut oka na poręczówkę, którą tu rozwieszono, stanowisko na jej końcu i gładką ścianę dalej i wszystko jasne – ścieżka prowadzi na start jakiegoś kanioningu. No cóż – trzeba wracać.

Wracam do Myszki i już razem wracamy do jakiejś ogrodzonej siatką łączki – tam pojawia się konkurencyjna ścieżynka, tyle że po jakimś czasie zanika. Szlag! Czy to o te trudności chodzi? Pojęcia nie mam, ale nie poddajemy się i już na “czuja” prowadzę nas mniej więcej w górę w kierunku w którym powinniśmy dość do jakiejś ślepej szutrowej drogi. Przy jej końcu ma iść szlak więc jest to jakieś sensowne logistycznie miejsce. Podchodzimy po łydki w mokrej poranną rosa trawie – szczęśliwie w dość rzadkim lesie. Jakieś 5o metrów przed spodziewaną drogą trafiamy na siatkę i drewniane belki pełniące rolę bramy – przechodzimy po nich i po dosłownie kilkunastu metrach dochodzimy do drogi. Ulga.

Gdy dochodzimy do końca szutru i miejsca gdzie można zawrócić autem (zwoją drogą genialna miejscówka by tu biwakować – gdyby można to było robić legalnie) ścieżka znów się pojawia. I na dodatek jest to dość wyraźna ścieżka – patrzę jeszcze skąd się ona wyłania ale dość szybko ginie w trawie, więc tajemnica naszego błądzenia pozostaje nierozwiązana.

Hochalptal

Przez kolejne metry dość sprawnie zdobywamy wysokość w pięknych okolicznościach przyrody czyli widokach na drugą stronę doliny na szczyt Hörlemannskopf (2244 m). Nadal jest mokro od rosy, więc ja mam dokumentnie mokre nogawki, Myszka nie bo nieco wcześniej założyła krótkie spodnie.

Hochalptal
Hochalptal
Hochalptal
Hochalptal

Po przekroczeniu potoku wypływającego z małej bocznej dolinki trasa się nieco wypłaszcza za to pojawiają się osypiska, momentami dość strome. Na tym odcinku wysokość zdobywa się powoli.

Hochalptal

W pewnym momencie dochodzimy do miejsca, które robi na mnie naprawdę duże wrażenie. Generalnie dnem doliny płynie sobie potoczek, który dziś w zasadzie się sączy. A my dziś idziemy łąką obok niego i na tej łące widać, że gdzieś 3o-tometrowym korytem przewalała się niedawno woda – a widać to po przygniecionej do gruntu trawie i żwirowym dnie dna doliny. To żwirowisko mam powierzchnie kilku boisk do koszykówki położonych w poprzek. Chciałbym to zobaczyć na własne oczy ale nie chciałbym musieć przekraczać takiego “potoku” w tamtych warunkach. A szlak wiedzie ścieżką, która miejscami jest przysypana tym żwirem i która na szczęście jest jednak do wypatrzenia – początkowo idziemy lewą stroną żwiru po czym na końcu tego pola przechodzimy na prawo. Z tego miejsca zaczyna też być widoczna dalsza część szlaku wiodąca wyższym piętrem doliny.

Hochalptal
Hochalptal

Klimaty mamy tam raczej bałkańskie niż alpejskie. Nasze przejście na prawo okazuje się być złym pomysłem bo się zapychamy. Niezbyt stromy, ale jednak próg doliny jest tu rozryty przez potok a raczej kilka żwirowych żlebów jakie pozostały po mocnych opadach i woda płynąca tylko z jednym z takich kanałów. W każdym razie mamy tu znów rozległe ale tym razem strome osypisko i ścieżkę której oznaczenie daje się wypatrzyć tylko od czasu do czasu. Ostatecznie wracamy na lewą stronę podejścia pod kosówki bo tam widać najwięcej śladów ścieżki.

Słońce nieco praży więc podejście w tych warunkach jest cokolwiek męczące. Osypisko wreszcie się jednak kończy i wchodźmy na zwykłą ścieżynkę prowadzącą przez alpejską łąkę – przyjemna odmiana. Liczymy, że jeszcze przyjemniej będzie się zatrzymać nad widocznym na mapie jeziorkiem, ale ku naszemu zaskoczeniu po jeziorku nie ma śladu. Znaczy jest ślad ale piaszczystego dna i wody która tu niedawno była, ale która przesiąknęła w całości przez skały. Tak czy inaczej zatrzymujemy się na mały popas – widoki niezmiennie są ładne a przed nami zmiana charakteru podejścia – kończą się trawiaste łąki a zaczynają skały. Jest już też bardzo sucho i jakiś strumyczek, w którym można by nabrać wody do przemycia twarzy bardzo by się przydał. Po kilkuset metrach w tym księżycowym w zasadzie krajobrazie pojawia się jednak woda, z czego skwapliwie korzystamy : )

Skalistym terenem przeplatanym sporadycznie trawą dochodzimy do rozwidlenia szlaków – nasz 432 się tu kończy a wkraczamy na 439 – z jednej strony w stronę Rappenseehütte (2091m) przez pobliską Große Steinscharte (2262 m), z drugiej na Kleine Steinscharte (2541m). Z ciekawością ale i pewnym niepokojem przyglądam się szlakowi na wyższa z tych przełęczy i pobliski Hohes Licht (2651m) – zbocza wyglądają na jedno wielkie niestabilne osypisko. Udaje się też nam wypatrzyć kilka świstaków, te jednak są raczej z tych płochliwych a w każdym razie nie są zainteresowane “wsępieniem” jakiejś przekąski. Tutaj też spotykamy w końcu pierwszych dziś turystów – ruch jest szczęśliwie minimalny. Zejście do schroniska to szeroka ścieżka przecinająca łobsraną przez krowy alpejską łąkę. Z resztą powinniśmy się tego spodziewać słysząc już wcześniej gdzieś z dołu dzwonki.

Hochalptal

Plusem są widoki na drugą stronę doliny i wznoszący się nad nią mur szczytów. Przed samym schroniskiem już naprawdę trzeba uważać by nie … wdepnąć 😀 Do schroniska nie wchodzimy tylko od razu kierujemy się w stronę ścieżki prowadzącej na przełęcz pod Hochrappenkopf (2425 m). Znaczy taki był zamiar ale w plątaninie ścieżek skręcamy nie tam gdzie trzeba i po kilkudziesięciu metrach ścinając łąkę wracam na właściwy szlak. Znaczy wraca Myszka, bo ja widząc potencjał tkwiący w widoku jak widzę schodzę nad brzeg jeziora by zrobić kilka zdjęć. Do pełni szczęścia brak tylko tego by jego tafla była gładka jak lustro, ale i tak nie jest źle – widok jest zacny – zdecydowanie wart tego by nadłożyć drogi.

Hochalptal
Hochalptal
Hochalptal

Myszkę doganiam niekoniecznie dość szybko, bo idzie się jej dobrze i ma dobre tempo. W każdym razie szlak przed nami daje nam przedsmak tego co może nas czekać dalej – jest to kolejne nieprzyjemne osypisko. Szczególnie jedno miejsce jest wredne – gdy szlak przecina wypłukany przez wodę żlebik. Mimo czujnego stawiana kroków każdemu z nich towarzyszy lekkie osypywanie się żwiru. Osiągniecie przełączki daje odpocząć uwadze – można się cieszyć widokami na obie strony grani i wznoszącym się nad nami szybowcem.

Hochalptal
Hochalptal
Hochalptal

Korzystamy z miejsca i widoków by usiąść i przekąsić co nieco oraz uzupełnić płyny. Od tego miejsca do kolejnej przełączki szlak wiedzie średnio stromym ale trawiastym dla odmiany zboczem – bardzo fajna ścieżynka, która mogła by się ciągną kilometrami tak fajnie się nią idzie. Po czym znów trzeba się skupić bo szlak jest teraz poprowadzony naprawdę stromym i sypiącym się żlebem.

Hochalptal

Na szczęście bez przygód. Poniżej tego najstromszego odcinak żlebu widać jakiś szlak w dół i zaczynamy się zastanawiać ile trzeba będzie stracić wysokości do kolejnego podejścia, ale nieco niżej widać, to tylko łącznik z dnem doliny i na kilkudziesięciu kolejnych metrach można się nieco rozluźnić – robi się poziomo. Z kolei kolejne podejście już pod Biberkopf (2599 m) to najbardziej uciążliwy psychicznie odcinek dzisiejszego dnia. Do osypisk już się przyzwyczailiśmy ale tutaj kilka z nich jest podciętych progami i lufa poniżej jak by nie patrzeć jest. Przed samą przełączką przed podszczytowym rozgałęzieniem szlaków pojawiają się pierwsze (jak się szybko okaże) łańcuchy. Z przełączki można iść na szczyt albo zacząć schodzić dość powietrzną grańką ubezpieczoną linką. My schodzimy : )

Hochalptal

Później już tylko zejście banalną choć solidnie zygzakująca ścieżką. Pierwotny plan zejściowy obejmował zejście do Lechleiten i z tej osady poznany już z rana “Lechweg” dość do parkingu. Tyle, że życie w swej zmienności przewrotne jest i mniej więcej na wysokości 2o5om decydujemy się odbić na wschód na ścieżkę, która ma niby prowadzić do jakiegoś schroniska. Ja na mapie widzę tylko ścieżkę, ale co tam – nie nadłożymy drogi więc może być. Zaczyna się lekkim podejściem na długim trawersie, co mimo wszystko ma tę zaletę, że daje odpocząć kolanom. Po nieco ponad kilometrze dreptania mniej lub bardziej wyraźną ścieżką na granicy skał i traw dochodzimy do … chatki. A w zasadzie dwóch i jeszcze beczki na deszczówkę – to cała infrastruktura tego – zamkniętego na cztery spusty – przybytku.

Zatrzymujemy się tylko na chwilę i po krótkim poszukiwaniu ścieżki w dół ruszamy. Zaskakuje nieco to, ze wciąż są widoczne stare oznaczenia szlaku a ścieżka jest używana. Swoją droga to chodzą tutaj chyba tylko myśliwi – wnosząc po dwóch widzianych w pobliżu “ambonach”. Kilkadziesiąt metrów poniżej chatki ścieżka wchodzi w las i tym lasem będziemy szli do końca dnia. No i trzeba wspomnieć, że ku naszemu zaskoczeniu mijamy kogoś po drodze. Znaczy nie kogoś, ale sądząc po lufie wystającej z za plecaka – właśnie jakiegoś lokalnego “killera”. W miejscu gdy dochodzimy do “drogi” naprawdę mamy już trochę dość łażenia na dziś. Szczęśliwie też mamy na styku szlaków potok, więc znów można się przemyć i napić.

Droga w tym miejscu to za dużo powiedziane – mamy do czynienia z szeroką szutrową ścieżką. Bez dyskusji jednak idzie się nią fajnie – początkowo lekko pod górę później już do samego parkingu tylko w dół – momentami dość mocnymi serpentynami. To niby ostatnie dwa kilometry ale dłużą się już niesamowicie. Ostatnie dwa zakręty ścinamy wydeptaną tu ścieżynką. Parking, żółwiki, powrót z butelkami i workiem do pobliskiego strumyka po wodę. Okazuje się też, że odcisk u Myszki z Versam powiększył się na tyle, że w zasadzie nie ma mowy o chodzeniu przez najbliższe dni : (