Annapurna Circut – after … 📷
Przełęcz to ewidentny punkt zwrotny, o ile od liku dni było dookoła dość sucho to po drugiej stronie jest jakby … jeszcze bardziej sucho. Tak nawet rozmawiam o tym z Myszką o tym by na kolejny większy wyjazd nie pojechać w jakieś bardziej zielone rejony.

Pierwsze metry za przełęczą – w polu widzenia wciąż dość dużo śniegu.



Daulagiri – w zasadzie tego dnia widzimy ją dwa razy: pierwszy i ostatni :] Przez pozostałą część treku coraz niższy poziom chmur nie pozwoli na podziwianie widoków.

Muktinath – przez chwilę poczuliśmy się jak na planie westernu – niestety tylko przez tę chwilę w czasie której powstało to zdjęcie. Przewodnikowo w to tej wiosce wypada koniec etapu, nas klimat tego miejsca – a raczej zupełny jego brak zachęca do tego by iść dalej.

Nasze dalej to położony o o.5h marszu Jharkot.

Czas to zatrzymał się tutaj chyba z dwieście lat temu. Docieramy do wioski dość wcześnie, więc po tym jak znaleźliśmy sobie hotel i zaliczyliśmy pierwszy od 4 dni ciepły prysznic ruszamy pomyszkować po tej wiosce.

Widoczność spada coraz bardziej ale dzięki temu robi się coraz bardziej baśniowo.








Zdążyłem sięgnąć po leżący na stole aparat i dzięki temu mogę podzielić się scenką jaką zobaczyliśmy przy kolacji :]

Inny dzień – inna bajka. Jesteśmy gdzieś poniżej Kagbeni. Droga w tym miejscu prowadzi przez bardzo szerokie rozlewisko Kali Gandaki. Przewodnik wspomina o silnych wiatrach wiejących w tej dolinie – potwierdzamy. Wiatr jest tak silny, że kijek trzymany tylko za taśmę od razu pochyla się o 45 stopni – tak będzie jeszcze przez kolejne dwa dni.








Przelotny (znaczy kilku godzinny) deszcz daje pojęcie o tym jak ten teren wygląda w czasie monsunu.

Jesteśmy w Tatopani – sprzed hotelu na masyw Nilgiri roztaczają się takie widoki :]


Hotelikowe klimaty

Masyw Nilgiri o poranku – jeszcze nie wiemy, że to ostatnie zdjęcie z treku.
Po jakiejś godzinie marszu z Tatopani w stronę Beni przejeżdża obok nas traktor. Na za kierownicą siedzi tubylec ale na kole już “białas”. Traktor zatrzymuje się a “białas” po angielsku pyta czy chcemy się zabrać? Hmm … Decyzja zapada szybko – Myszka pakuje się na wolne siedzenie na drugim kole a ja z worami ląduję na przyczepie. Po kilku minutach zaczynam nieco żałować naszej decyzji – z jednej strony poruszamy się dość szybko więc raczej bez problemu i za dnia dotrzemy do Pokhary, z drugiej przecież w dolinie jest dość sucho więc traktor wzbija tumany kurzu. Część tego kurzu ląduje na przyczepie na której przecież jestem i ja :] To jednak nie koniec niespodzianek – okazuje się, że na wspomnianej przyczepie leży kilka worków ze skamieniałym cementem. Skutek jest prosty do przewidzenia – bardzo szybko pokrywam się warstewką pyłu i cementu 😛 Ze zrozumiałych powodów z tego etapu podróży zdjęć nie ma 😉
Myszka i “biały” coś tam sobie nawijają po angielsku i w pewnym momencie Magda pyta mnie o coś – po polsku. Wtedy nasz “białas” z nieukrywanym zdziwieniem przechodzi na … polski 😀 Czyli troje polaków spotkało się w sercu Nepalu na traktorze 😛 Przemek – jeżeli to kiedyś przeczytasz – pozdrawiamy 😀
Trek się skończył, ale to jeszcze nie koniec tej opowieści …

Jacek Radunc
zapowiada się smakowicie, czekam na c.d. 🙂