Annapurna Circut – before … 📷
Tak się złożyło, że nasze człapanie zakończyło się w jakiejś wiosce – dobrze po zmroku i w pierwszym hoteliku na jaki trafiliśmy, na dłuższe poszukiwania nie było ani ochoty ani siły. Rano okazało się, że jesteśmy w Khudi – czyli dokładnie tam gdzie mieliśmy dotrzeć.
Z Khudi chyba tradycyjnie rozpoczyna się trek. Menu w knajpce cokolwiek rozczarowało – cenowo. Było znacząco drożej niż w Katmandu. A przecież jesteśmy jeszcze poniżej 1000 m.n.p.m. 🙁






O czym myśli Myszka? O tym, jak dobrze będzie w domu zjeść kotleta 😀


Kombinując przed wyjazdem gdzie by tu uderzyć w ramach Himalajskiego debiutu zasugerowałem się głównie artykułem Marka Arcimowicza z National Geographic. Po prostu chciałem zobaczyć (z czym się szczęśliwie zgodziła Myszolina) jeden z ponoć najładniejszych treków himalajskich zanim cywilizacja (tak jak na zdjęciu) dopadnie go w całości. Budowa dróg to tu jakaś szybko postępująca choroba wirusowa i jeżeli dotychczasowe tempo utrzyma się (a tfuj) jeszcze przez 3-4 lata to samochodem terenowym będzie można dojechać do Manangu : (

Jest sucho ale dopiero za kilka dni dowiemy się jak bardzo sucho może być w Nepalu, tym większy szacunek dla ludzi, którzy próbuj coś tutaj uprawiać.



Drugiego dnia do Tal dotarliśmy o takiej porze, że szkoda było tak wcześnie kończyć dzień – nie namyślamy się długo i człapiemy do następnej wioski. Docieramy do niej i tu zaskoczenie: to jedna z dwóch na całym treku osad bez hotelików. Wyjścia nie ma – mimo, że teraz już trasa z tego dnia daje o sobie znać to trzeba iść dalej. Kolejną osadą, do której docieramy już po zmroku, okazuje się być Khotro – trzy chatki na krzyż + restauracyjka + mały hotelik. Nam tego wieczora do szczęścia nie trzeba więcej i po krótkich targach zostajemy tu na noc.

Ku Myszkowej zgrozie okazuje się, że listki do zamówionej do kolacji herbaty z mięty pochodzą z widocznej w prawym dolnym rogu kępki mięty 😀 Pół metra wyżej niej przebiega droga powiatowa nr 45643 – Besi Sahar – Manang (muły, tubylcy i trekersi) 😛 Poranek z trzeciego dnia treku przynosi taki widok. Widoczny z prawej “wodopój” to jedyne w całej wsi ujęcie wody – przy nim toczy się życie osady. Zmykamy dalej …

… śniadanie zjemy w pierwszej wiosce na jak rano trafiamy. Okazała się nią widoczna za tym mostem Dharapani.

Tak zwane “suplementy diety”, wspomagam się nimi już 3 dzień : Przyczyny owego wspomagania wpływają dość negatywnie na chęć sięgania po aparat – drugiego dnia na przykład w ogóle nie fotografuję :

Ta flaga powiewa nad lokalnym komitetem partii komunistycznej. Jak widać pamięć i idee Marksa/Lenina/Stalina/Mao są tu jednak wiecznie żywe 😉 A tak już na serio – popaprańcy!! 🙁


Konsekwentnie trzymamy się taktyki, wg której idziemy tak długo (ale niekoniecznie szybko) jak tylko starcza sił, ochoty i światła : ) Tym razem więc nocleg po raz kolejny wpada nie etapowo – w Thanchok. Ciekawostką jest to, że pod częścią hotelową tego przybytku znajduje się stajnia, a w oknach zamiast szyb są worki foliowe 😀 Nam to jakoś nie przeszkadza, a Myszka zalicza (jak się później okaże) najsmaczniejsze spanie na całym treku.



No w końcu – czwarty dzień treku i w końcu widać jedną z Annapurn – w tym wypadku tę z numerkiem II

Mały popas, swoją drogą ugotowana w towarzystwie tej bawolicy (?) ogórkowa z “papierka” smakuje lepiej niż obiad w restauracji (nie żebym miał coś do kuchni żonki 😉 bo jej owa ogórkowa też smakowała wybornie). Z wjazdowego szamania to smaczniej wspominam jedynie surową marchewkę popijaną mlekiem z folii(!) na obozie lotniarskim w Jeżowie Sudeckim. Echhh – to były czasy 😀




Na pierwszy rzut oka czyste i sympatyczne miejsce a na dodatek wieczorem kucharz sam z siebie poczęstował nas kawą nie dopisując jej do rachunku (to tu naprawdę rzadkość). Okazało się jednak, że te chatki mają dość przewiewne ściany i tej nocy w domku było wyjątkowo zimno – o poranku zamieniamy się w jaszczurki i przed śniadaniem wygrzewamy na słońcu. Niemniej jednak miejsce polecamy : )

Kiczowato, ale nie mogłem się powstrzymać. Człowiek to naprawdę słaba istota 😀 W każdym razie ja na pewno ; )

Jeżeli dobrze czytam mapę to południowa ściana Annapurny IV (7525 m.n.p.m.)





… a to jego nieco bardzie klimatyczna (jak mniemam) wersja.









… by od czasu do czasu zrobić sobie wspólny popas. Gunsang – najsmaczniejsza woda źródlana jaką piliśmy czasie całego treku i w sumie nie tylko tego treku ale w ogóle jak sięgam pamięcią.






W przeciwieństwie do możliwości podładowania akumulatora do aparatu zadzwonić można z każdego hoteliku – w przypadku Ledar 20 rupii za minutę – minimum 10 minut.





A tu widok na szlak używany kilka lat wcześniej – największa kupa kamieni na środku rozlewiska w górnej jego części to pozostałość po dolnym hoteliku w Thorung Phedi.













Jeden z licznych po drodze przystanków – tempo jest dobre, problemów z aklimatyzacją nie mamy, widoki zacne a słoneczko mile rozgrzewa więc po co się śpieszyć?

Do przełęczy już blisko, po drodze na masyw Annapurny roztaczają się takie na przykład widoki.


Najwyżej na świecie położona i najdroższa (ponoć, bo nie zachodziliśmy) herbaciarnia na świecie.


Myszki Tybetańskie są wszędzie 😛 Uważaj, bo mogą Cię dopaść w najbardziej niespodziewanym momencie.
Teraz już tylko w dół – tego dnia stracimy jakieś 1600 metrów wysokości, ale to już inna historia.

Agnieszka Porada
ależ tam pięknie! Szacun dla wszystkich – ja chyba mięczak jednak jestem 😉