


Obrabianie zdjęć z wakacji w mroźny zimowy wieczór z jednej strony ma w sobie coś rozgrzewającego, ale z drugiej jest jednak lekko dołujące, bo jak by nie patrzeć to trzeba poczekać jeszcze kilka dobrych miesięcy na podobną aurę za oknem : )

To była jedna z dłuższych przerw w ostatnich latach :\ Zmiany były duuuuuuże i na szczęście na lepsze, ale ich efektem ubocznym było zero wyjazdów. No coś za coś – jak zawsze w życiu ; )


… ale na pewno nie ostatni : ) Rejon po prostu należy do tych w które chce się wracać. A że z racji wysokości warunki są chyba zawsze to mam nadzieję, że nastąpi to już w tym sezonie. Na razie jednak zapraszam do lektury 240 numeru GÓR.

Będzie krótko i filmowo, bo żadne pisanie nie odda tego co oddaje film. Ale tak naprawdę żaden film i tak nie odda tego co się czuje siedząc na burcie z wiosłem w dłoniach na 4-5-kowej rzece i stara trzymać kierunek na wodzie : D

Jedna kanadyjka na całym upuście wody z tamy w Lipnie – hmmm, można poczuć się dziwnie, tym bardziej, że w Czechach jest jednak kilka innych OC-1 : \ Przez trzy dni nie opuszczało mnie więc pytanie: czy to co robię to nie jest jakiś wygłup?

Jedno miejsce na odcinku powyżej “Okna” przez cały wyjazd uparcie wysadzało mnie z siodła (na zdjęciu jestem chwilę za nim a za kolejną chwilę się skabinuję), więc nie mogę napisać, że “vici” : ( Ale jeżeli “zwyciężyć znaczy przeżyć” to wtedy już tak : )

Miało być lajtowo i w sumie było, ale nie przez pierwsze dwa dni : ) Pierwszego dnia było na przykład tak jak na tym zdjęciu. Więcej szkrobnę za kilka(naście?) dni jak się ogarnę kilkoma sprawami o wyższym priorytecie ; )

Pierwotnie moją przygodę z Wdą miałem rozpocząć nieco inaczej niż wszyscy – na jednym z jezior powyżej Lipusza. Niestandardowe miejsce startu wymagało rozpoznania i wczoraj wieczorem zrobiłem sobie takowe. Wyszło, że to jednak marny pomysł.